
To sentymentalna, refleksyjna i nastrojowa, momentami wręcz oniryczna opowieść, która przyciąga uwagę od pierwszych stron i nie pozwala się odłożyć aż do finału. Między wierszami odnajdujemy niemal filozoficzne rozważania o naturze człowieka -o tym, czym jest dobro, czym zło i jak łatwo zatrzeć granicę między nimi.
To historia dojrzała i przemyślana, co zaskakuje tym bardziej, że mamy do czynienia z pierwszą pełnowymiarową powieścią autora. Narracja rozwija się powoli, z wyraźnym naciskiem na miejsca, atmosferę i wspomnienia. Istotną rolę odgrywa kontrast między teraźniejszością a rzeczywistością sprzed wojny. Jeśli ktoś oczekuje dynamicznej akcji i gwałtownych zwrotów fabularnych, może poczuć niedosyt – to opowieść, którą raczej się smakuje, niż pochłania w pośpiechu.
Świat przedstawiony uległ głębokiej przemianie. Kraj rządzony jest twardą ręką przez Partię. Media społecznościowe w znanej nam formie przestały istnieć, zrezygnowano z maili na rzecz listów, choć te podlegają ścisłej kontroli. Państwowy konglomerat spożywczy przejął po wojnie większość polskich marek. Te elementy rzeczywistości, pokazujące skalę zmian, należą do najmocniejszych punktów powieści, jednocześnie fascynują i budzą niepokój.
„Partia czuwa. Partia patrzy. Partia widzi wszystko.”
Główną bohaterką jest Maria Lentar, była dziennikarka współpracująca z zachodnimi mediami. To postać psychologicznie wiarygodna, z którą łatwo się zżyć i utożsamić. Jej wybory i emocje są zrozumiałe, a wewnętrzne napięcia przekonujące. Słowa: „Mam tyle, ile w danej chwili uda mi się wyrwać światu” trafnie oddają jej sposób myślenia i stosunek do rzeczywistości.
W tej historii jest jednak jeszcze jedna głowna bohaterka – ćma. Towarzyszy Marii niemal nieustannie, wywołując skrajne emocje: od fascynacji po lęk i obrzydzenie. Motyw owadów narasta, gęstnieje, osacza. Podobnie jak Maria, zaczynamy czuć, że toniemy w ćmach, w niepewności, w pytaniach bez odpowiedzi. Z rosnącym niepokojem próbujemy zrozumieć, co oznacza ich obecność i co naprawdę kryje się za tym uporczywym symbolem.
„Jesteśmy sumą leków naszych rodziców. Składową ich trosk, niepokojów, wad, które odciskają w nas piętno (…).
Jak Mariusz Wojteczek buduje grozę?
- Bezpośredni zwrot do czytelnika – bohaterka zwraca się wprost do nas — opowiada, komentuje, zadaje pytania. Ten zabieg szybko buduje więź i poczucie intymności. Skoro ktoś mówi bezpośrednio do mnie, prędzej czy później staje mi się bliski. Tworzy się nić porozumienia, a wraz z nią rośnie zaangażowanie w lekturę. To chwyt pozornie prosty, ale niezwykle skuteczny — zwłaszcza gdy narrator zdaje się odgadywać nasze myśli („Rozumiecie? Ja też nie do końca”). Widać tu wyraźnie psychologiczną świadomość autora: wie, jak wciągnąć odbiorcę w mentalną grę.
- Estetyka obrzydzenia – autor nie unika scen drastycznych. Ćma wylatująca z ust zmarłej kobiety czy scena znęcania się nad kotem przez grupę dzieci wywołują fizyczny dyskomfort. Podobnie jak obrazy przemocy opisane dosadnie, niemal namacalnie: „Kawałki czaszki odpryskujące pod ciężkimi ciosami mosiężnego świecznika”. To groza, która nie tylko niepokoi – ona atakuje zmysły i wywołuje reakcję somatyczną.
- Zderzenie erotyki z makabrą – Wojteczek sięga także po niepokojące połączenie seksualności i przemocy. Fantazje głównej bohaterki, w których erotyczne napięcie splata się z obrazem zakrwawionej twarzy księdza, burzą granice komfortu czytelnika. To zabieg celowy – zestawienie pożądania z makabrą wzmacnia poczucie moralnego i emocjonalnego rozchwiania świata przedstawionego. Groza rodzi się tu nie tylko z tego, co brutalne, ale z tego, co psychicznie niejednoznaczne.
Miejsca, w których coś trzeszczy…
- Powtórzenia – W kilku miejscach pojawiają się niepotrzebne powtórzenia opisów. Przykładowo: obicie siedzeń w pociągu zostaje przedstawione jako niebieskie, wytarte i poplamione po czym zaledwie kilka stron później otrzymujemy niemal identyczną charakterystykę. Pojawia się pytanie, czy rzeczywiście jest to detal aż tak istotny, by wymagał ponownego podkreślenia. Podobnie brzmiące określenia w bliskim sąsiedztwie („rachityczna marchewka” i „rachityczne drzewa”) zwracają uwagę nie dlatego, że budują obraz, ale dlatego, że się powtarzają stylistycznie.
- Drobne nieścisłości fabularne – Pojawiają się też drobne niespójności, które wybijają z rytmu lektury. Maria zasypia w pociągu, czytamy, że podwija jej się bluzka, odsłaniając fragment brzucha. Kilka stron później (wciąż tego samego dnia i w tej samej podróży) jej sukienka jest ubrudzona piwem. Można domyślać się, że chodziło o spódnicę albo o inne zestawienie elementów garderoby, jednak brak precyzji wprowadza zamieszanie. Jeśli bowiem miała na sobie sukienkę, trudno wyobrazić sobie sytuację, w której podwinięta bluzka odsłania brzuch. To drobny detal, ale w prozie opartej na uważności i psychologicznym realizmie takie niespójności stają się zauważalne. Podobnie w scenie, w której bohaterka jest wyraźnie pijana, ma zawroty głowy i ledwo stoi, a jednocześnie z dużą dokładnością obserwuje odpryskujące płaty farby na oszronionej barierce. Taka intensywność percepcji w tym stanie wydaje się mało prawdopodobna.
- Usterki językowe – Zdarzają się również drobne błędy językowe, jak w zdaniu: „W portfelu mam kilka złoty”. Poprawna forma to „kilka złotych”. To szczegół, ale w dopracowanej prozie takie potknięcia stają się widoczne. Warto też unikać oczywistych dopowiedzeń, jak „sypią się w dół” – skoro coś się sypie, kierunek jest domyślny. Tego rodzaju pleonazmy można łatwo wyeliminować na etapie redakcji.
- Momentami zbyt rozwleczona narracja – W moim odczuciu niektóre fragmenty można by skrócić bez szkody dla treści. Zdarza się, że kolejne strony opisują to samo zjawisko innymi słowami, co osłabia dynamikę i powoduje chwilowy spadek napięcia. Przy tak silnie nastrojowej prozie utrzymanie rytmu jest kluczowe, bo gdy tempo siada, siadają też emocje i zaangażowanie.
To tylko przykłady podobnych drobnych potknięć można wskazać więcej. Nie traktuję ich jednak jako poważnych zarzutów wobec autora, lecz jako element recenzenckiej uczciwości. Ostatecznie oceniam książkę jako całość, a jej mocne strony zdecydowanie przeważają nad niedoskonałościami.
Krąg się zamyka
Szalenie podobał mi się finał oraz zastosowana klamra kompozycyjna, która domyka zarówno dosłowną, jak i symboliczną podróż Marii. To zakończenie w przekonujący sposób podsumowuje jej drogę i wewnętrzną przemianę, nadając całości spójność.
(Spoiler) – o co chodzi z tymi ćmami?
Autor sugeruje, że w nowym świecie wyraźnie zarysowuje się podział na „ćmy” i „ludzi”. Ćmy to ci, którzy przybierają maski, grają role, dostosowują się do systemu, żyją w przebraniu. Ludźmi pozostają natomiast ci, którzy mimo wszystko zachowali autentyczność. Jednak między wierszami można odczytać coś więcej na temat samych ciem nękających Marię.
W mojej interpretacji ćmy mają również wymiar głęboko psychologiczny. Maria, choć doświadczyła w życiu bardzo wiele, nie pozwala sobie na przeżywanie emocji. Tak została wychowana, podobnie jak jej siostry, z których każda radzi sobie z traumą na własny sposób. Maria wybiera tłumienie. Problem w tym, że emocje nie znikają tylko dlatego, że nie chcemy ich czuć.
Każda wyparta, nienazwana i nierozliczona emocja materializuje się w postaci ćmy. Owady towarzyszą jej nieustannie, są obecne, choć nieuchwytne, drażniące, niepokojące. To uosobienie tego, co zostało zepchnięte w głąb: lęku, wstydu, gniewu, żalu. Ćmy stają się więc nie tylko elementem świata przedstawionego, lecz także symbolem psychicznego ciężaru, którego Maria nie potrafi już dłużej ignorować.
I być może to właśnie w tym sensie powieść mówi najwięcej – nie o systemie, nie o Partii, lecz o konsekwencjach emocjonalnego wyparcia.


Dodaj komentarz