Jakbym kroczyła mrocznym labiryntem… Tak właśnie czułam się przez całą lekturę Pełni Tomasza Połońskiego. To nie jest książka, którą się „czyta”. To książka, w którą się wpada jak w sen, z którego trudno się wybudzić i jeszcze trudniej go zrozumieć.

Nie mam dużego doświadczenia z weird fiction, dlatego sama musiałam sprawdzić, czym ten nurt różni się od klasycznego horroru. Według Wikipedii weird fiction to fantastyka spekulatywna, która albo unika, albo radykalnie reinterpretuje tradycyjnych antagonistów nadprzyrodzonych opowieści grozy, takich jak duchy, wampiry czy wilkołaki.
I dokładnie to robi Połoński – nie idzie prostą ścieżką, nie goni trendów, nie chce się przypodobać. Ryzykuje. Tworzy świat gęsty, momentami nieprzystępny.
Styl autora jest doniosły, chwilami wręcz wyniosły. Natłok nazwisk, ulic, dat i szczegółów sprawia, że początkowo trudno „wgryźć się” w tekst. Dodatkowo dialogi zapisane są w sposób, który łamie nasze czytelnicze przyzwyczajenia.
To wszystko może irytować, ale w ostatecznym rozrachunku ma sens. Umysł czytelnika pracuje na pełnych obrotach, dokładnie tak, jak we śnie: próbuje zapamiętać, zrozumieć, połączyć fakty, choć rzeczywistość wymyka się logice.
W pewnym sensie mamy tu do czynienia ze strumieniem świadomości – chaotycznym zapisem myśli i skojarzeń – choć równocześnie widać ogromną dbałość o formę i interpunkcję.
Głównym bohaterem jest Jerzy Obrocki, wileński antykwariusz przekonany, że jest jednym z „umarłych cieni”, rozpoczyna obsesyjne poszukiwania zaginionego manuskryptu Octo Portae. Punktem wyjścia staje się syndrom Cotarda – urojenie bycia martwym – niezwykle ciekawy i niepokojący motyw.
Jednak naszym przewodnikiem nie jest Obrocki, a Władysław Saklas – doktor nauk medycznych i nowator w psychiatrii klinicznej, lekarz rodziny Obrockich. To on prowadzi nas przez rozmowy, konsultacje i kolejne odsłony tej osobliwej rzeczywistości.
Mam wrażenie, że autor i jego bohater mają ze sobą wiele wspólnego: obaj nie hołdują metodom konwencjonalnym.
Uwagę zwraca nepentyna – specyfik przepisywany przez doktora Saklasa. To słowo nie istnieje w słownikach; Połoński stworzył je sam. Kilka dodatkowych kropel wprawia zażywającego w niemal zwierzęcy, ordynarny szał pożądania.
Nepentyna przywodzi na myśl somę z Nowego wspaniałego świata Huxleya – środek, który tłumił ból, smutek i niepokój.
W mojej interpretacji nepentyna symbolizuje ogłupienie, ucieczkę, Matrix, w którym przestajemy szukać sensu. Zażywają ją wszyscy lekarze, uczeni, bogaci i biedni.
Jak Tomasz Połoński buduje grozę?
W literaturze grozy wyróżnia się trzy główne narzędzia: obrzydzenie, strach i grozę (najtrudniejszą do osiągnięcia). U Połońskiego dominuje obrzydzenie i to w formie skrajnej:
„Obleśna, śluzowata macka okręca się wokół mego tułowia, raz jeszcze pozwalam Strażnikowi wetknąć we mnie pazurzystą przyssawkę, spenetrować mą istność giętką, łakomą wypustką.”
To język, który nie pozwala odwrócić wzroku. Do tego dochodzi obsesyjna drobiazgowość: pęknięcia, wyłomy, faktury świata.
Połoński maluje słowem. I nie są to tylko czernie i karmazyny. To kolory niemal magiczne:
- ciemnoróżowe pęta splątane z nocą,
- srebrny kielich w niewieścich dłoniach,
- bazaltowy monolit,
- złotobrązowy pancerz,
- malachitowa, powłóczysta szata.
Świat jest zmysłowy, niemal pulsujący.
Moja interpretacja psychologiczna (uwaga: spoilery)
Odnoszę wrażenie, że autor chciał powiedzieć bardzo wiele w nieco ponad dwustustronicowej powieści.
Kim jest człowiek?
Czym jest człowieczeństwo?
Czym jest rzeczywistość?
Czym jestem ja?
Nie da się wskazać jednego dominującego tematu.
W mojej interpretacji zaginiony manuskrypt jest symbolem sensu. Obrocki szuka sensu istnienia, bo bez niego każdy z nas staje się jednym z „umarłych cieni”.
„Błogosławieni ubodzy w duchu – posiądą skarb swój.”
Podsumowanie
Pełna nie jest dla każdego. To książka dla tych, którzy nie szukają wyłącznie rozrywki, lecz chcą analizować, wątpić, błądzić. Po lekturze zostajemy z natłokiem myśli i bez gotowych odpowiedzi. I właśnie to czyni tę powieść tak niepokojąco piękną.


Dodaj komentarz